Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lutego 2015

Mamrotanki

Przyszły do mnie egzemplarze autorskie Kotka Mamrotka...
Ładnie wydana książeczka.
Dość dziwnie się czuję patrząc na swoje nazwisko tam, gdzie w dzieciństwie widziałem Brzechwę. Z drugiej strony... w Polsce też się cuda zdarzają.
Zarządzające mną Koty mają na ten temat swoje własne zdanie: kotka trzeba głaskać, najlepiej czterema z dwóch posiadanych rąk. A jakieś papierowe przedmioty ważne są tylko wtedy, kiedy szeleszczą i można je pacnąć. 

piątek, 9 maja 2014

Nana, Puma i testowanie...


Próbuję przetestować umieszczanie na blogu filmów bezpośrednio z youtuba. Udało się... Cóż, gdyby tak jeszcze ludzie to oglądali, byłoby w ogóle super.
Nana i Puma tak lubią uwerturę do Wilhelma Tella, ze nie mogę puszczać tego z dźwiękiem nawet dla sprawdzenia, bo przylatują i chcą się bawić. Kiedyś zaczęliśmy używać tej melodii jako sygnału wywoławczego do zabawy laserkiem... no i stało się. A one są takie śmieszne podczas gonitwy za światłem, że trudno utrzymać kamerę.


sobota, 16 listopada 2013

Małe Łeee! - jak powstawały postaci.

Kiedy robię historię o dzieciach i dla dzieci to zazwyczaj nie wiem, czy mam robić "portret", czy zupełnie odjechaną fantazję... ostatecznie w pośpiechu wybieram na wyczucie i maluję.
Mniej więcej tak było z "Małym Łeee!" - mialem tyle różnych i sprzecznych ze sobą pomysłów, że rozwinąłem ten, który pierwszy mi się ładnie namalował.
Lubię malować dzieci przy zabawie ale zawsze mam wrażenie, że jestem za bardzo realistyczny i serio.


W tej sytuacji zamierzałem początkowo samego głównego bohatera potraktować inaczej.
Małe Łeee! po prostu się drzeeeeeeee! i to jest właściwie jedyne, co o nim wiadomo. Na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, czy to dziecko, zwierzątko czy jakiś całkiem nieokreślony byt filozoficzny.
W tej ostatniej wersji wyglądało tak:
Miało być czymś w rodzaju onomatopei, która podczas płaczu rozwija ogonek w znacznie większe eeeeee! Do tego w smutnych kolorach, bo było mu przykro. Jednak nie byłem pewien, czy ta wersja nie jest zbyt ponura i eksperymentowałem dalej.
Prowadziłem różne próby z emisją głosu przez mojego bohatera, dopóki Autorka, pani Kamila Waleszkiewicz, nie zwróciła mi uwagi, że dla dzieci to będzie zbyt wydumane. 
I tak Małe Łeee! zostało chłopcem. Tyle, że niedużym. 
Ale wystarczająco dużym, żeby narobić kłopotów, z których za koszulkę wyciągnęła go pewna Dziewczynka ...




A morał stąd wypływa taki:
tylko dziewczynki moga nas uratować, kiedy rozpoczniemy akcję!

sobota, 9 listopada 2013

Małe Łeee! czyli niezwykła książka



W zasadzie mialem zrobić ten wpis po krakowskich Targach Książki - ale było parę spraw, które musiałem sobie dokładniej przemyśleć.
Na targach wziąłem udział w dyskusji na temat rozwojowej formy książek ilustrowanych, czyli książki elektronicznej... i interaktywnej.
W zasadzie dyskutanci mieli pewien problem z określeniem, czy książka niepapierowa, do tego gadająca i wzbogacona o animację i możliwość wpływania na niektóre elementy akcji - czy to jest jeszcze książka?
Ale zgodziliśmy się, że to wciąż jest opowieść, ostatecznie Iliady początkowo nikt nie czytał, bo powstała do śpiewania... a ksiązka to tylko nazwa nośnika.
Tak się złożyło, że byłem ilustratorem i mimo woli częściowo także i współtwórcą książki o "Małym Łeee!" pani Kamili Waleszkiewicz. Współtwórcą, bo zaszalałem i dodałem do tej historii rysowaną (a następnie animowaną) akcję, której autorka nie zaplanowała - a ja uważałem, że taka trochę komiksowa narracja podkreśli sens opowieści.


Małe Łee! - wstępny projekt miasta
No i z naszej współpracy wyszła taka właśnie mocno rozbudowana opowieść o niewielkiej przygodzie dziecka. Powiedzmy sobie: dziecka wrzeszczącego tak bardzo, że właściwie nie wiadomo, czy to jest w ogóle człowiek.

A chociaż sama historia jest krótka, to jednak bardzo pojemna - kiedy nad nią pracowałem, obrazy same pchały mi się na papier. Szare, zwyczajne miasto, przeciętne ulice, idący gdzieś ludzie, wszechobecny brak czasu i ktoś, kto potrzebuje czasu i uwagi. A kiedy wreszcie ją dostaje, okazuje się, że potrzeba było bardzo niewiele. Wbrew mojemu streszczeniu to jest historia śmieszna i pełna wydarzeń.
Nad szarym miastem krążą kolorowe ptaki, zwariowane jakby urwały się z cyrku, po ulicach gnają ciężarówki, a akcja na moment przenosi się w kosmos - tajemniczą przestrzeń opanowana przez satelity szpiegowskie, rakiety i kosmiczne rowery oraz gwiazdy.
Animatorzy wykonali wspaniałą robotę - nie rozmawialiśmy na ten temat a mimoto ożywili moje rysunki dokładnie tak, jak sam to sobie wyobrażałem.
Żeby było przyjemniej - opowieść tę można pobrać na tablet za darmo, gdyż była sponsorowana!