poniedziałek, 20 stycznia 2014

Lanie wody na zdjęciach, czyli fotograf boso i we mgle.

Miało być ładnie i listopad miał się skończyć już w pod koniec grudnia... ale pogoda ma gdzieś ludzkie kalendarze i pokazuje nam, że nasze oczekiwania są niczym wobec Wszechpotężnej Natury, która jak chce - to nie zrobi zimy i już.
Tym sposobem nic nie wyszło z moich planów dotyczących śniegu i mrozu. 
Komuś jednak plany wyszły i to niebanalne, bo budowlane.
Mianowicie boberki nad Sudołem powiększyły kilka tamek... a w efekcie - swoje kąpielisko. Woda rozlała się szeroko, zalała ścieżki... i nadała im specyficzny koloryt.
A ja, skoro chodzę tam na spacer z psem, to chcąc nie chcąc muszę się cieszyć błotkiem i wodą. No przecież nie będę płakał z tego powodu...
Zresztą - skoro idę boso, to woda raczej dodaje uroku miejscom.
Woda jest znakomitym tworzywem fotografii krajobrazowej. 
Wszystko już przecież było na zdjęciach i fotograf poluje bardziej na nietypowy punkt widzenia niż na nowy obiekt.


Przede wszystkim świat przegląda się w lustrze wody z perspektywy, której bezpośrednio nie osiągniemy, chyba, że zmienimy się w żabę. Ale do tego potrzeba czarów a nie aparatu.


Przy ustawieniu pod słońce woda dodaje malarskie efekty i refleksy do zdjęcia, co znakomicie poprawia dynamikę całości.


A przy wyżach barycznych wprowadza kontrastujący nasycony błękit do ogólnej burości świata.


Poza tym odbicia w wodzie podwajają elementy fotografii, co nadaje jej wyrazisty rytm i symetrię... czyli złudzenie porządku.


O ile niebo jesienią bywa często zbyt mocne w porównaniu do ziemi i trudno czasami złapać je razem - to odpowiednio wyszukana kałuża rozwiąże taki problem.
Z tych wszystkich powodów - nie narzekam, jeśli na świecie jest mgła, woda i błoto. Byłoby gorzej, gdyby nie było aparatu.
Bobry wyświadczyły mi przysługę nie tylko fotograficzną - nie muszę czekać na lato, żeby się potaplać w kałuży.



czwartek, 21 listopada 2013

Listopadowe fotki - Balice.

Testowałem listopad. A dokładniej: dostępne światło przy pogodzie listopadowoprzyzwoitej, obiekty do fotografowania w miejscu pozbawionym czegokolwiek efektownego i tym podobne rzeczy.
Z grubsza można to sprowadzić do fotografowania w różnych układach tych samych  łodyg nawłoci i traw.


Takie przesuwanie w kadrze: jak wygląda z boku a jak w centrum?


Czy słońce umieszczone jako kontrapunkt wniesie coś ciekawego? Czy lepiej jest ciemniej czy jaśniej?


Ewentualnie: czy kadr poziomy zagra lepiej? i czy warto obcinać dół badyli?
Przypomina to poszukiwania procenta cukru w cukrze z filmu "Poszukiwana poszukiwany": niby robimy coś ważnego ale naprawdę chodzi o spacer.


Czasami jednak światlo robi nieoczekiwany prezent i komponuje się z trawą.



Okolice lotniska w Balicach maja spory potencjał fotograficzny, zresztą podobnie jak każdy teren rolniczy, co udowodnili pół wieku temu przedstawiciele Kieleckiej Szkoły Krajobrazu.


W takich miejscach dość łatwo można sobie testować rozmaite układy kompozycyjne, łapać różne drzewa na tle tego samego tła, czy kontrastować rytmy pionowe i poziome na zdjęciu.


Pozostaje tylko pytanie: czy do zwykłego spaceru z psem trzeba zaraz szukać złożonych teorii kompozycji plastycznej?

sobota, 16 listopada 2013

Małe Łeee! - jak powstawały postaci.

Kiedy robię historię o dzieciach i dla dzieci to zazwyczaj nie wiem, czy mam robić "portret", czy zupełnie odjechaną fantazję... ostatecznie w pośpiechu wybieram na wyczucie i maluję.
Mniej więcej tak było z "Małym Łeee!" - mialem tyle różnych i sprzecznych ze sobą pomysłów, że rozwinąłem ten, który pierwszy mi się ładnie namalował.
Lubię malować dzieci przy zabawie ale zawsze mam wrażenie, że jestem za bardzo realistyczny i serio.


W tej sytuacji zamierzałem początkowo samego głównego bohatera potraktować inaczej.
Małe Łeee! po prostu się drzeeeeeeee! i to jest właściwie jedyne, co o nim wiadomo. Na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, czy to dziecko, zwierzątko czy jakiś całkiem nieokreślony byt filozoficzny.
W tej ostatniej wersji wyglądało tak:
Miało być czymś w rodzaju onomatopei, która podczas płaczu rozwija ogonek w znacznie większe eeeeee! Do tego w smutnych kolorach, bo było mu przykro. Jednak nie byłem pewien, czy ta wersja nie jest zbyt ponura i eksperymentowałem dalej.
Prowadziłem różne próby z emisją głosu przez mojego bohatera, dopóki Autorka, pani Kamila Waleszkiewicz, nie zwróciła mi uwagi, że dla dzieci to będzie zbyt wydumane. 
I tak Małe Łeee! zostało chłopcem. Tyle, że niedużym. 
Ale wystarczająco dużym, żeby narobić kłopotów, z których za koszulkę wyciągnęła go pewna Dziewczynka ...




A morał stąd wypływa taki:
tylko dziewczynki moga nas uratować, kiedy rozpoczniemy akcję!

czwartek, 14 listopada 2013

Suchmielce

Suchmielce, chaberdzie, badyle i takie tam śmieciowe poprodukty letniego rozwoju oraz zachmurzenie duuuuuuże lub umiarkowane, tudzież duchota i deszcze przelotne (czyli takie przelatujące z góry na dół w dużych ilościach) to główne składniki naszej jesiennej pogody. Podkreślam - jesiennej, bo złota polska jesień to nie to samo, co jesień-jesień.
Stanowią one podstawowy problem fotograficzny przy ogólnonarodowym upodobaniu do kolorów żywych i jaskrawych. No, bo jak tu zrobić dobrą fotkę z samych odcieni brązu?


Jako nastolatek próbujący uczyć się sztuki pstrykania czytałem wielokrotnie o tzw. fotografii wyżowej, czyli takim specjalnym rodzaju pejzażu opartym wyłącznie o pogodę i światło występujące podczas wyżów barycznych. Klarowne, jasne światło, intensywnie niebieskie niebo, nasycone barwy... i wysiłek fotografa włożony w pokazanie Polski, jakby to były Hawaje. Można powiedzieć, że nauczyłem się lekceważącego stosunku do takiej fotografii wcześniej niż obsługi aparatu.
Dzisiaj uważam to za cokolwiek szczeniackie, ale wtedy miałem silne parcie, żeby robić zdjęcia będące zaprzeczeniem fotografii wyżowej.

W sumie - wyszło mi na dobre: kiedy człowiek próbuje świadomie zaprzeczać jakimś zasadom - uczy się przede wszystkim, jak działają zasady. Łatwo o tym gadać w przypadku praw i regulaminów ale tu trzeba przełożyć zasady na obrazek. A to już inny stan świadomosci.
A zatem: niebo zachmurzone, słabe kontrasty, jednolita gama barwna.


Czy to są ograniczenia, czy szanse?
Co pozostaje, jako narzędzia do budowania obrazu, skoro nie ma bogactwa kolorów ani mocnych kontrastów?
Ano niemało.
Po pierwsze: rytm delikatny...


... albo tak intensywny, że prawie jednolity i zatarty.


Rytm mozna zbudować elementami prostymi albo zakrzywionymi. W tym drugim wypadku bywa zabawniej.



Można też mieszać elementy rytmiczne.


Po drugie: kontrast faktur i ich stopniowanie od badyla do puchu.


Oczywiście same badyle też mają spory potencjał, mianowicie są wyrafinowaną konstrukcją geometryczną. Nic, tylko zakomponować.



Można wykorzystać ich formę agresywną...

... albo przyjemnie pluszową.


Ewentualnie można się nimi pokłuć.





sobota, 9 listopada 2013

Małe Łeee! czyli niezwykła książka



W zasadzie mialem zrobić ten wpis po krakowskich Targach Książki - ale było parę spraw, które musiałem sobie dokładniej przemyśleć.
Na targach wziąłem udział w dyskusji na temat rozwojowej formy książek ilustrowanych, czyli książki elektronicznej... i interaktywnej.
W zasadzie dyskutanci mieli pewien problem z określeniem, czy książka niepapierowa, do tego gadająca i wzbogacona o animację i możliwość wpływania na niektóre elementy akcji - czy to jest jeszcze książka?
Ale zgodziliśmy się, że to wciąż jest opowieść, ostatecznie Iliady początkowo nikt nie czytał, bo powstała do śpiewania... a ksiązka to tylko nazwa nośnika.
Tak się złożyło, że byłem ilustratorem i mimo woli częściowo także i współtwórcą książki o "Małym Łeee!" pani Kamili Waleszkiewicz. Współtwórcą, bo zaszalałem i dodałem do tej historii rysowaną (a następnie animowaną) akcję, której autorka nie zaplanowała - a ja uważałem, że taka trochę komiksowa narracja podkreśli sens opowieści.


Małe Łee! - wstępny projekt miasta
No i z naszej współpracy wyszła taka właśnie mocno rozbudowana opowieść o niewielkiej przygodzie dziecka. Powiedzmy sobie: dziecka wrzeszczącego tak bardzo, że właściwie nie wiadomo, czy to jest w ogóle człowiek.

A chociaż sama historia jest krótka, to jednak bardzo pojemna - kiedy nad nią pracowałem, obrazy same pchały mi się na papier. Szare, zwyczajne miasto, przeciętne ulice, idący gdzieś ludzie, wszechobecny brak czasu i ktoś, kto potrzebuje czasu i uwagi. A kiedy wreszcie ją dostaje, okazuje się, że potrzeba było bardzo niewiele. Wbrew mojemu streszczeniu to jest historia śmieszna i pełna wydarzeń.
Nad szarym miastem krążą kolorowe ptaki, zwariowane jakby urwały się z cyrku, po ulicach gnają ciężarówki, a akcja na moment przenosi się w kosmos - tajemniczą przestrzeń opanowana przez satelity szpiegowskie, rakiety i kosmiczne rowery oraz gwiazdy.
Animatorzy wykonali wspaniałą robotę - nie rozmawialiśmy na ten temat a mimoto ożywili moje rysunki dokładnie tak, jak sam to sobie wyobrażałem.
Żeby było przyjemniej - opowieść tę można pobrać na tablet za darmo, gdyż była sponsorowana!



czwartek, 7 listopada 2013

Co w kałuży piszczy?

Złożyło się w moim życiu tak śmiesznie, że jako nastolatek miałem mało okazji do podróży i mnóstwo pomysłów na wyprawy. Zamiast nich - łaziłem na spacery z psem, co skutecznie uczyło cieszenia się tym, co jest pod ręką... i uważnego patrzenia. 
Ale dopiero jako dorosły facet odkryłem takie dziecięce przyjemności, jak włażenie do kałuży. 
Kałuże to coś kapitalnego, bardzo łatwo dokonywać w nich nieoczekiwanych odkryć, głównie dlatego, że nikt się nimi nie interesuje i szybko znikają. Nie da się wejść dwa razy do tej samej kałuży, jak mawiał pewien grecki filozof. 
Za to można znaleźć tego samego psa w różnych kałużach.


Poza tym w kałuży pojawiają się fragmenty pejzażu miejskiego, którego nie sposób zobaczyć inaczej.


A kałuże w okolicy występowania bobrów stają sie  istnymi dziełami inżynieryjnymi.


Ale jedno jest pewne: żeby cokolwiek znaleźć w kałuży, najpierw trzeba się w niej znaleźć samemu.

wtorek, 29 października 2013

NieDoRzeczna Rzecz o powrocie do RZECZywistości czyli: co tak rzadko?

Przez ostatni rok zaglądałem tu tak rzadko, że sam nie wiedzialkem, czy jeszcze żyję. Powód miałem poważny. Od lutego trwał remont naszej norki. Z przerwami ale za to dosyć intensywnie, dzięki czemu zarzuciłem większość czynności życiowych.
Na szczęście udało mi się coś w tej dziedzinie osiągnąć a ostatnio skończyłem pracownię. Meble do niej to osobna pieśń, i opowiem o tym jak w "Nie kończącej się opowieści" czyli innym razem.
Na początku ściany były "ocieplone" przez poprzednich mieszkańców poprzez przyklejenie styropianu oklejonego tapetą. Nie mieliśmy sił tego ruszać, więc po prostu pomalowalismy ściany i tę tapetę.
Już odetchnęlismy z ulgą, gdy cała ta tapeta pod wpływem mokrej farby zjechała do połowy ścian. A styropian trzymał się w kupie dzięki niej, zatem zaczął się odchylać od pionu... i spadać. Po upadku styropianu było tak:



Cóż, trzeba było go wyrzucić. Potem Ilonka swoimi małymi łapkami zrobiła tynk strukturalny na ścianie... i malowaliśmy jeszcz raz.


Potrzebowaliśmy sporo półek na książki i takie tam... zdecydowaliśmy się na stary, dobry system półek magazynowych - bo to i mocne i całkiem ładnie wykończone... a do pracowni taki przemysłowy styl pasuje.
Tyle, że nie ma regałów magazynowych o głębokości 20 cm, więc wszystkie poziome elementu musiałem ciąć szlifierką kątową z tych długich... a potem skręcać śrubami... i regulować, żeby toto stało prosto. Niech Bóg ma w swej opiece wynalazcę elektrycznego śrubokręta, bo uczynił ten człek rzecz dobrą i godną błogosławieństwa.


W międzyczasie Ilonka pomalowała półki na rudo... tyle, że musiałem w każdej półeczce podciąć narożniki, bo inaczej przeszkadzały śruby łączące całość konstrukcji. Przy okazji urwałem sobie pazur piłą elektryczną trzymając piłę i deskę wbrew zasadom rozumu. Znak to, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, albowiem dawno temu mój tata stracił palec pokazując pracownikom JAK NIE NALEŻY trzymać drewna na heblarce. Lekcję zapamiętali dobrze, gdyż nikomu w jego firmie nie urwało palców - poza nim samym. 
Ale zamilczmy o tym i przejdźmy do książek. Podczas gdy ja oddawalem się hedonistycznej przyjemności malowania "Małego Łeee!" - Ilonka przeniosła książki... odkurzając je wszystkie. Był to heroiczny wysiłek: zajęły 12m.kw. półek. 
Potem długo montowałem mebelki do pracy, co jest zgoła osobną opowieścią... i wreszcie przedwczoraj wziąłem się za przenoszenie komputera. 
Walczyłem z kablami niczym Laokoon i byłem blisko klęski... ale wreszcie się udało.
Mam pracownię.


I tylko jedna rzecz mnie nurtuje: do czego są te wszystkie zasilacze? Przecież dawniej one coś robiły? żarły jakiś prąd?